wtorek, 30 kwietnia 2013

O zielonej herbacie słów kilka...


Jestem herbatomaniaczką, przyznaję. Moja pólka pęka w szwach pod kartonami z coraz to lepszymi herbacianymi wynalazkami, ale szczególne miejsce ma u mnie herbata zielona. Dzisiaj postaram się Was przekonać, że warto ją na swojej półce nie tylko mieć, ale i pić!
Łyse głowy z klasztoru Shaolin mądrze prawią, że samo zdrowie w tymże pięknie zielonym nektarze tkwi :)
A co to dla nas znaczy?

1. Wiecie gdzie ludzie żyją najdłużej? Ba! W Japonii! Co lepsze, długowieczność Japończyków przypisuje się nie tylko rybom, ale w większości - zielonej herbacie. To ona zwalcza stany zapalne, przeciwdziała utleniaczom i starzeniu!  Brzmi zbyt pięknie żeby mogło być prawdziwe, c'nie? Ale to jeszcze nie wszystko. (Nie wiem jak Wy, ale ja marzę o bujaniu prawnuków w fotelu :) )

2. Zielona herbata = antyoksydanty. Zmasakrowana chemią żywność, dym papierosowy, spaliny, promienie UV, wszystko to niszczy zdrowe komórki w naszym organizmie. Mogłabym teraz napisać rozprawę na 2000 słów, jak to się dzieje, że ludzie chorują na raka i przede wszystkim, skąd ta zaraza się bierze. Ale nie będę Was zamęczać, wystarczy tyle - zielona herbata serio przeciwdziała nowotworom. I znów statystyki - to Japonia ma najniższy współczynnik zachorowań!

3. Teraz czas na to, co kobiety kochają w zielonej herbacie najbardziej - pomaga utrzymać odpowiednią wagę ciała. Naukowo udowodnione jest, że zielona herbata jest niczym sok z gumijagód i zwiększa nasz metabolizm. Co to znaczy, wszyscy wiemy. Kilogramy lecą, a ciało szybciej spala zbędne kalorie. Dlatego zamiast faszerować się suplementami z zielonej herbaty, wybierzcie przyjemniejszą jej formę - ciepłą filiżankę  liściastej Gunpowder.

Czemu robię ten wykład, wyliczając kolejno zalety zielonej herbaty, zamiast dodania nowego tutorialu? Bo mnie irytuje, że tak mało się ją docenia w naszym kraju. Hm... w sumie jak wszystko co dobre.
Ale niech będzie, nie byłabym sobą gdybym nie dała czegoś od siebie co dobrze robi urodzie.

Płukanka z zielonej herbaty na włosy
( zapobiega wypadaniu, blaknięciu koloru, poprawia ukrwienie skóry głowy-włosy rosną szybciej, wzmacnia kondycję włosów )  
Tak, tak. Pomaga również na słabe, wypadające włosy, a ja to bardzo cenię. Przepis jak zwykle mega prosty, a korzyści spore.
Wystarczy zaparzyć około 1 litra herbaty, najbardziej polecam tę liściastą, bo przynajmniej wiadomo, że to nie kolejny przemielony badziew w torebce. Musicie pamiętać o jednym, z zieloną herbatę trzeba właściwie postępować i nie zalewać jej wrzątkiem! Woda po zagotowaniu musi wystygnąć, najlepiej jakieś 5-7 minut. 
No i pięknie, herbata zalana, co dalej? Umyj włosy jak zwykle, a do ostatniego płukania użyj naparu, który przygotowałaś. 
Nie oszukujmy się, efektów nie zobaczysz po pierwszym użyciu, ale bądź cierpliwa kobieto!

Plasterki na zmęczone oczy
Idzie sesja, a z nią zarwane noce. Ale czy wszyscy muszą o tym wiedzieć? 
Namocz płatki kosmetyczne w naparze przygotowanym jak wyżej i zostaw na powiekach na około 10 minut. Opuchlizna zejdzie jak ręką odjął ;)

Tonik do twarzy
Dalej bazujemy na "wywarze" z przepisu na płukankę do włosów - żadnego marnotrawstwa. 
Przemywaj twarz tonikiem z zielonej herbaty. Pięknie oczyszcza, tonizuje, łagodzi podrażnienia i niweluje drobne przebarwienia i plamki. Dziewczyny z cerą naczynkową powinny go koniecznie spróbować.  


Już mi lepiej, że się wygadałam, a raczej "wypisałam"... :) To cheers! Za słońce w majówkę i żeby tłuszcz z grillowanej karkówki poszedł w cycki! :)  





PS: Jeśli jeszcze nie widziałyście zapowiedzi serii filmików z tutorialami na YT, zapraszam :) Możecie również zasubskrybować mój kanał : LAMAKEUPEBELLA. Oszalaję z radości! :))

PS2: Miałam przyjemność zostać ambasadorką marki Carmex, więc z tej okazji możecie się spodziewać jakiegoś rozdania lub konkursu ;)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Wielkie kwietniowe testowanie






Płyn do demakijażu marki Inglot
Przy okazji zakupu nowych cieni do paletki Freedom, wyjątkowo dałam się namówić na coś, czego nie miałam w planie - płyn do demakijażu. Muszę przyznać, że była to dobra decyzja. Produkt Inglota przypomina mi nieco droższą opcję firmy Lancome, a przecież nie lubimy przepłacać. Tańszy płyn świetnie radzi sobie nawet z wodoodpornym tuszem do rzęs. Z racji tego, że występuje w postaci podobnej do oliwki, czuję, że nawilża delikatną okolicę oczu i same rzęsy. Pięknota! Co istotne, bo nie znoszę jak po zmyciu maskary na moich oczach pojawia się dziwna mgła, w tym przypadku nie ma z tym problemu :)
Moja ocena : 4/5  ( bo nadaje się tylko do zmywania oczu, a ja cenię swój czas i lubię zmywać cały makijaż za jednym zamachem )

                                          Odżywka-serum do rzęs marki Eveline
Ostatnio zrobił się ogromny bum na Revitalash'a, Xlash'a i inne cudotwórcze odżywki do rzęs, które sprawią, że wasze rzęsy urosną do rozmiarów tzw. "firanek". Nie ma tak łatwo, specyfiki te kosztują fortunę - 350zł... ech, chciałabym, ale muszę jeść :) Z tegoż powodu, zdecydowałam się na tańszy kosmetyk, który niestety szału z moimi rzęsami nie robi, ale poprawił ich kondycję do tego stopnia, że bardzo rzadko widzę rzęsy na swoich policzkach. Początkowo chciałam stosować się do zaleceń producenta i nakładać serum nie tylko pod maskarę w ciągu dnia, ale i na noc. Niestety, nie wytrzymałam. Za każdym razem rano, miałam wrażenie jakbym zasnęła z pomalowanymi rzęsami. Sklejone, ciężkie rzęsy - nigdy więcej. Nie popełniajcie tych samych błędów, stosujcie serum tylko w ciągu dnia jeżeli się na nie zdecydujecie.
Moja ocena :  3/5 ( jak to zwykłam mówić, szału ni ma )

Maska do włosów Kallos Latte
Kolejny wielki słój dobroci dla moich włosów. Słyszałam o niej mnóstwo dobrego, więc zdecydowałam się w końcu ją wypróbować. Używam od dość niedawna, ale włosy po tej masce są delikatne i miękkie. Wszyscy, którzy uwielbiają kosmetyki o pięknych zapachach, w tym przypadku będą w siódmym niebie - włosy pachną jak budyń waniliowy, albo coś... waniliowego, nieważne, pachnie cudnie! Do tego, zapach ten utrzymuje się na włosach do następnego mycia, chociaż jest mniej intensywny niż Sleek Line, o którym już pisałam. Musicie pamiętać o najważniejszej rzeczy - nakładamy ją tylko na końcówki lub tzw. strefę kucykową, jak w przypadku większości masek i odżywek. Wszyscy, którzy tak nie robią wypisują potem w internecie, że maski obciążają im włosy i po kilku godzinach wyglądają jak tłuste strąki. 
Maska Latte do kupienia w bardzo przyjaznej dla naszych kieszeni cenie - zapłaciłam 15zł za litrowy słoik. Szaleństwa i rozpusty na conajmniej 3 miesiące.

Pomadka Inglot nr 278
Totalnie oszalałam na punkcie pomarańczowych ust, które tej wiosny są bardzo modne. Szukając wymarzonego koloru straciłam pieniądze na kilka bubli, do czasu gdy w moje ręce wpadła pomadka Inglota.     Szminka ładnie nawilża, jest dość trwała i ma przepiękny! pomarańczowy kolor, którego brak w większości gam innych marek. Jest niedroga, bo kosztuje tylko 20zł, co za tę jakość jest dobrym deal'em.
Moja ocena: 4/5 ( mogłaby być odrobinę trwalsza ) 

Maskara podkręcająca rzęsy marki Lovely
Stoiska z kosmetykami tej marki omijam szerokim łukiem, bo są bardzo kiepskiej jakości, o czym miałam okazję przekonać się kilka razy. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie po przeczytaniu, że maskara Lovely to istny szał za małe pieniądze. Musiałam spróbować i tak też się stało. Za tusz zapłaciłam całe 9 złotych!!! Muszę przyznać, że jakością nie odbiega od maskar, które kosztują 30 złotówek...Nic się nie osypuje, faktycznie rzęsy są uniesione. Po co przepłacać pytam?
Moja ocena: 4/5 ( w moim sercu nadal swoje miejsce ma wspominana już maskara Loreal )

Błyszczyk powiększający usta marki GOSH : kolor soft coral 01
Przyznaję, nie znoszę błyszczyków, bo muszę potem walczyć z włosami lepiącymi się do ust... Kto to lubi? Ale - jest błyszczyk Gosh'a. Stałam się jego wielką fanką. Na ustach utrzymuje się dobre 2 godziny, co dla błyszczyka jest bardzo dobrym osiągnięciem. Wargi długo pozostają nawilżone, ładnie się błyszczą, pachną, a czy są powiększone? Wiadomo, jak chcecie mieć pepy jak Natalia Siwiec, udajcie się lepiej do chirurga plastycznego, mnie zadowala to cudo z Gosh'a.
Moja ocena: 4/5 ( niestety, kieszeń cierpi po jego zakupie - 39,99zł to dużo!)

Tydzień w zdjęciach:

foto: Kinga Tarnacka :D


W tym tygodniu kręcę pierwszy tutorial na YT, będziecie mieć powód do śmiechu - z pewnością :))
Ściskam :)
Z






niedziela, 14 kwietnia 2013

DIY : Maseczka drożdżowa + relacja z urodzin Fashion Magazine




Kto z nas nie miewa gorszych dni? Naszej skórze też się takowe zdarzają. Dzisiejsza maseczka to fajne rozwiązanie dla Wszystkich, którzy po przebudzeniu krzyczą na widok swojego odbicia w lustrze. Maseczka drożdżowa to skuteczny babciny sposób na walkę z trądzikiem, do tego superłatwy i tani!

Potrzebujemy:



Mleko musi być ciepłe, bo chcemy uzyskać gęstą, gładką papkę, którą dobrze się będzie nakładało na twarz. Jeżeli masz problem z bardzo suchą skórą - dodaj jeszcze łyżeczkę oliwy / Jeżeli masz problem z przebarwieniami - łyżeczkę soku z cytryny.

Maseczkę nakładamy na grubo, omijając delikatną okolicę oczu. Te, dopieszczamy chłodnymi plasterkami zielonego ogórka ;) Najlepsze efekty uzyskamy, trzymając maseczkę około 30 minut

A co osiągniemy, znosząc zapach drożdży przez te pół godziny?
Przede wszystkim, drożdżowa maseczka  super łagodzi stany zapalne i wszelkie podrażnienia.
Co więcej, nasza skóra jest miękka i delikatna niczym pupa niemowlaka :) 
Osobom, które walczą z ostrym trądzikiem doradzałabym robienie sobie drożdżowej kuracji 7 dni w tygodniu, przynajmniej przez 2 tygodnie. Warto.

No dobra, 1/4 drożdży wykorzystana, a co jak mamy dwie lewe ręce do pieczenia i nie upieczemy pysznej drożdżówki z dżemem?
Istnieje jeszcze jeden przepis, gdzie drożdże mają wspaniałe zastosowanie : maseczka na przetłuszczające się włosy.
Wszystkie z Was, które mają cienkie włosy wiedzą w czym problem. Już po jednym dniu czupryna do niczego się nie nadaje, a my czujemy się przez to jak Oskar z Ulicy Sezamkowej.

Przepis jest mega łatwy:
- 1/4 kostki drożdży zalana odrobiną ciepłej wody i dodana do 2 łyżek ulubionej maseczki do włosów

Skupiamy się na miejscu, które jest odpowiedzialne za cały ten bałagan, czyli skalpie ( skórze głowy ), który powoduje nadmierne wydzielanie sebum. Przykrywamy głowę czepkiem lub ręcznikiem spisanym na straty i czekamy pół godziny. Po upływie tego czasu, maseczkę spłukujemy i myjemy głowę jeden raz szamponem. 
Już po pierwszym zastosowaniu widać różnicę, włosy dłużej pozostają świeże i nie przetłuszczają się na drugi dzień po umyciu. Spróbujcie! ;)

Kilka dni temu na fanpage'u przepraszałam Was, że nie dodam wpisu zgodnie z planem. Powodem była impreza urodzinowa Fashion Magazine, na której miałam przyjemność być. 



Pokazy bielizny i mody męskiej, w tle wokal Mroza i oczywiście Miliony monet :D


Niesamowicie piękna sukienka z kolekcji Teresy Kopias.


I gwiazda wieczoru -  przeprzystojny Matt Pokora, który jakimś cudem przez kilka sekund zaśpiewał, patrząc mi prosto w oczy... Miękkie kolana to jeszcze za mało, żeby opisać to uczucie :D



A to ja....
.... i przedimprezowy samostrzał.

To cześć! :) Na pożegnanie fragment występu ciacha i buziak ode mnie :)


ps: Wiem, jestem chwalipiętą, ale to taki mały wielki sukces. Jemerced i moje zdjęcie w relacji z WFW + źrodło z linkiem do mojego bloga :)))


niedziela, 7 kwietnia 2013

Tutorial: Fioletowo-brązowe smokey


1. Zaczynamy od nałożenia bazy i matowego cienia nude na całą powiekę.


2. Fioletowym matowym cieniem rysujemy tzw. C lub ostrzejszy kształt V jak u mnie.


3. Blendujemy cień do góry, taki zabieg otwiera nasze oko. Pamiętajcie, że blendowanie zjada kolor, więc trzeba go dokładać, żeby nie stracił swojej "mocy".


4. W wewnętrzny kącik oka wklepujemy złoty opalizujący cień - dzięki temu, nasze spojrzenie wydaje się świeższe.


5. Czas na brązowy mat. Uzupełniamy nim obszar przed naszym V, mniej więcej do źrenicy.


6. W załamanie powieki puszystym pędzelkiem również kładziemy nasz brąz.


7. Na dolnej powiece cienkim pędzelkiem rozprowadzamy fioletowy cień, którym rysowałyśmy V. Fiolet prowadzimy tylko do źrenicy, dalej używamy brązowego cienia.


8. Rysujemy kreskę eye-liner'em, po czym rozcieramy ją bardzo delikatnie do góry czarnym matowym cieniem. Po co? To sprawi, że rzęsy będą optycznie gęstsze.




9. Tuszujemy rzęsiska i koniec ;) Jak widać, fiolet jest delikatnie widzialny, ale na żywo widać jego "smaczek". Dziewczyny obawiające się kolorów powinny być zadowolone.
Fiolet niesamowicie podbija zieloną tęczówkę, ale sprawdzi się również przy brązowej i piwnej. 


Klatka najlepszym studiem fotograficznym :D

Udanego tygodnia kochane! 
Z

Warsaw Fashion Weekend - fotorelacja

Wiem, nie było mnie ostatnimi czasy, ale miałam mnóstwo na głowie - musicie mi wybaczyć :) Od piątku trwa Warsaw Fashion Weekend i z tej okazji od dwóch dni w domu tylko nocuję. Przygotowałam dla Was krótką fotorelację z tego wydarzenia.


Impreza odbywa się w Soho Factory. W na pozór zwykłej hali mieści się mnóstwo stoisk z oryginalnymi gadżetami i ubraniami młodych projektantów. Dookoła ludzie, którzy nie boją się pokazać swojego stylu, często bardzo awangardowego, magia.



Najlepszy stylista fryzur jakiego poznałam. Na codzień współpracuje z Jagą Hupało i Maciejem Zieniem, na WFW pracował dla marki Toni&Guy. Z włosami czyni cuda...




Spotkanie "po latach" z mistrzem stylizacji - Czarkiem [Młody Stylista] :)



W pokazie fryzur marki Toni&Guy wzięły udział znane Wam z pewnością blogerki - Maffashion, Jemerced , JestemKasia i Cajmel.




No i na dzisiaj to tyle kochane.... Padam na twarz, ale warto było.
Jutro wrócę do Was z tutorialem, tymczasem - dobranoc.
Z